wtorek, 30 kwietnia 2013

Rozdział 3


Nadchodzę z trzecim rozdziałem ;3
Na następny rozdział będziecie musieli trochę poczekać... Teraz wyjeżdżam na kilka dni, a jak wrócę to trochę czasu potrzebuje, żeby napisać nowy...
Tak czy siak, bardzo dziękuje za miłe komentarze. Wszystkie rady postaram się wziąć sobie do serca ;)
No to chyba tyle z ogłoszparafialnych.
Prawie bym zapomniała... W tym rozdziale miała być krwawa masakra... I nawet napisałam taką rzeźnię, ale mama stwierdziła, że to do bani, więc cała strona do kasacji.... 
Ok, miłego czytania ;3 Mam nadzieję, że pojawią się jakieś komentarze, bo to naprawdę motywuje do działania ;D  
____________________________________   

~~
" Mor­derca, aby zos­tać mor­dercą, naj­pierw mu­si za­bić człowieka w so­bie. Pier­wszą ofiarą mor­dercy jest on sam. "
~~

Pierwsze 2 tygodnie szkoły nie minęły najgorzej. Gerard oczywiście był gnojony przez Jasona, ale starał się go unikać. Zaczął się kolegować z Frankiem, przez co on również stawał się ofiarą głupich żartów.
W piątek była wyjątkowo ładna pogoda i większość uczniów, przerwy postanowiła spędzić na dworze. Gerard, Frank i Ray siedzieli przy jednym ze stolików i jedli śniadanie.
-Ej, zauważyliście, że Jareda już drugi tydzień nie ma w szkole?-odezwał się Ray
-Pewnie znalazł takiego dilera, że teraz leży w jakimś rowie w Wietnamie-stwierdził Gerard
Zaśmiali się, ale chwilę potem spoważnieli.
-A co jeśli on został ofiarą tego mordercy?-spytał Ray
-Nawet nie mów-wzdrygnął się Frank

* * *
21 września mijała czwarta rocznica śmierci rodziców Gerarda i Mikey'go. Postanowili nie czekać aż ciocia wróci z pracy, tylko sami się udać na cmentarz.
Grób rodziców znajdował się na obrzeżach cmentarza, bardzo blisko lasu. Idąc w jego stronę, Gerard przyglądał się innym nagrobkom. Jedne były bardzo zadbane, inne poniszczone, a obok walały się jakieś butelki po piwie. Zero szacunku, pomyślał i przyśpieszył, bo został trochę w tyle.
W końcu zatrzymali się przy grobie. Zapalili po zniczu i zaczęli się modlić.
W pewnym momencie zawiał mocny wiatr. Podmuch przyniósł ze sobą zapach trawy i czegoś jeszcze. Czegoś wyjątkowo dziwnego. Tak jakby zapach krwi pomieszany z czymś zepsutym.
Bracia spojrzeli zdziwieni na siebie. Gerard zrobił kilka kroków w stronę lasu, ponieważ wydawało mu się, że to stamtąd dochodzi zapach.
-Chyba nie chcesz tego sprawdzać?-przeraził się Mikey
-Chcę-powiedział stanowczo Gerard
Zaczął stawiać powolne kroki na suchych liściach. Z każdym stawianym krokiem w głąb lasu, zapach stawał się intensywniejszy.
Dróżka, którą szedł doprowadziła go na jakąś polanę. Rozejrzał się i na odległym końcu dostrzegł coś co wyglądało jak martwe zwierze. To pewnie stąd zapach, pomyślał i podszedł w tę stronę. Będąc bliżej ciała, tracił wiarę w to, że to jest zwierze. Stojąc kilkanaście metrów od zwłok, mógł oficjalnie stwierdzić iż jest to ciało człowieka.
Zawiał kolejny mocny wiatr i do jego nozdrzy dotarł o wiele mocniejszy zapach.
Zakrył ręką usta, starając się wstrzymywać oddech. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje, a do tego zaczęło kręcić mu się w głowie.
W końcu poddał się i nie mógł znieść tego widoku, więc szybko pobiegł w stronę czekającego brata.
-No i co?-spytał Mikey-Ej, wszystko w porządku?
-Dzwoń na policję-wykrztusił
-Co?!
-Dzwoń na policję-powtórzył
-Kurde, Gerard coś ty tam widział?!-przeraził się i wyciągnął telefon
-Dzwoń!-krzyknął-Tam ... Tam są zwłoki! Zmasakrowane zwłoki!
Mikey otworzył szeroko oczy ze zdumienia i wykonał telefon. Po kilku minutach przyjechała policja i karetka. Lekarze zajęli się osłabionym Gerardem, a policja w tym czasie ruszyła w głąb lasu.
-Jak się czujesz?-spytał Mikey, kładąc dłoń na ramieniu brata
-Zaraz się chyba porzygam-wykrztusił i kilkakrotnie kaszlnął
W nozdrzach cały czas czuł ten zapach. Zapach gnijącego ciała. Przed oczami miał ten obraz. Leżące na ziemi, zmasakrowane zwłoki.
W końcu policja wyszła z lasu.
-Chłopak nazywał się Jared... Znaliście go?-spytał jeden z funkcjonariuszy
-Jared?!-przeraził się Gerard i szybko wziął do ręki butelkę z wodą. Znowu zaczęło go mdlić i kręciło mu się w głowie
-Chodzi do naszej szkoły-odpowiedział Mikey-A raczej chodził...
-Na drzewie znaleziono wyryty okrąg, a w środku literkę "B"-odezwał się drugi policjant-Zastanówcie się, czy przypadkiem nie znacie jakiś wrogów Jareda, których imię bądź nazwisko zaczyna się na B.
-Ale to na pewno jest ten morderca...-zaczął Gerard
-Pewnie tak... Ale pierwszy raz zostawił po sobie taki ślad
Policjanci zabrali ich na komisariat, aby ich przesłuchać. Po pół godzinie przyjechała tam również Caroline.
Gerard zaczął się zastanawiać nad tym, jakich wrogów miał Jared. Chłopak był nierzucającym się w oczy ćpunem, nikomu nie przeszkadzał... Prawie nikomu. Od zawsze miał na pieńku z Jasonem. Tak jak większość szkoły. Ale Jared odbił Jasonowi dziewczynę.
-I wymyśliliście jakiś wrogów?-spytał funkcjonariusz wyrywając Gerarda z rozmyślań
Jason ma na nazwisko... Bennet.
-Ja mam pewne podejrzenia...-odezwał się cicho-Do szkoły chodzę z chłopakiem, który ma na pieńku z prawie każdym... A szczególnie z Jaredem...

~~~~

Kevin i jego dziewczyna Ellie, postanowili rozbić sobie namiot w lesie. Po prostu odpocząć od życia w mieście. Słyszeli wszystkie te plotki o mordercy, który poluje na swe ofiary w lesie, jednak nie wierzyli w nie. Z resztą Kevin był wysokim, napakowanym chłopakiem, więc Ellie niczego się przy nim nie bała. Ellie była drobną, spokojną dziewczyną, więc wiele osób uważało, że ona wcale nie pasuje do szalonego Kevina, jednak oni byli ze sobą naprawdę szczęśliwi.
Kiedy rozbili namiot, zmęczeni położyli się w środku.
-Ale nie zacznie padać?-upewniła się Ellie
-Nie powinno... A jak zacznie, to wrócimy do auta-uśmiechnął się Kevin
Przytuliła się do niego i zaczęli dyskutować o różnych mniej, lub bardziej ważnych rzeczach. Wtem coś zaczęło stukać o namiot.
-No nie... chyba zaczęło padać-stwierdził chłopak i delikatnie podniósł się-Pójdę sprawdzić-dodał i wyszedł z namiotu
Dziewczyna nie do końca przejęła się jego słowami, bo była już dość zmęczona, więc przewróciła się na bok i spróbowała zasnąć.
Po kilku minutach zauważyła, że Kevin nadal nie wrócił, a o namiot nadal coś stuka.
-Chyba faktycznie się rozpadało-powiedziała do siebie i wyszła z namiotu.
Rozejrzała się, ale nie dostrzegła chłopaka. Postała tak chwilę i zauważyła, że wcale nie pada, a jednak cały czas coś stuka o namiot. Odwróciła się w jego stronę i zobaczyła duże, czerwone krople spadające na ściany namiotu. Popatrzyła w górę, skąd kapała ciecz. Na jednej z gałęzi leżało zmasakrowane ciało Kevina. Krople jego krwi spływały po namiocie aż pod jej bose stopy. Jej krzyk zagłuszył panującą tam ciszę. Podbiegła w stronę samochodu i zaczęła szarpać się z klamką. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że jej chłopak miał kluczyki. Rozejrzała się, ale przez panujące tam ciemności i mgłę, niewiele widziała.
Wtem usłyszała odgłos łamanej gałęzi. Przerażona wzięła głęboki oddech, a do jej oczu napłynęły łzy. Nagle poczuła mocne uderzenie, a potem ogarnęła ją ciemność.
Kiedy się ocknęła była przywiązana za nogi do gałęzi drzewa. Parę razy krzyknęła i próbowała się uwolnić. Zauważyła jak w jej stronę zmierza jakaś postać. Dziewczyna zaczęła się szarpać, a postać rozcięła nożem jej brzuch. Ellie poczuła jak krew spływa po jej ciele. Miała wrażenie, że ktoś przez jej brzuch przeciągnął drut kolczasty. Zaczęła dławić się własną krwią i powoli traciła świadomość. Postać podniosła zakrwawiony nóż i jak najmocniej wbiła go w brzuch dziewczyny. Jej krzyki wypełniły cały las.
Kiedy postać była pewna, że dziewczyna już nie żyje, przywiązała do gałęzi również jej chłopaka. Nożem rozcięła jego bluzkę i na plecach wycięła okrąg z literą "B" w środku. Na koniec uśmiechnęła się i zadowolona ze swojego dzieła zlizała krew z noża.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Rozdział 2



 Po krótkiej przerwie wracam z drugim rozdziałem ;3
Nie jestem jakoś specjalnie z niego zadowolona, ale mam nadzieję, że nie jest najgorszy :D
Liczę na kolejne pouczające komentarze ;*
_________________________ 


 ~~
 "Nic lep­sze­go człowiek nie może zro­bić człowieko­wi, niż uwol­nić go od bólu, i nic gor­sze­go, niż mu ból zadać."
~~

Ostatnie promienie słońca wpadły do pokoju Gerarda, mimo ciemnej zasłony. Był pogrążony w tak głębokim śnie, że światło go nie budziło. W końcu jednak, usłyszał cichy dźwięk budzika. Powieki były zbyt ciężkie i nawet ich nie otwierał, tylko po omacku szukał wyłącznika. Poleżał chwilę, a potem przeciągnął się, głośno wzdychając. W końcu stwierdził, że już czas wstać. Delikatnie podniósł się z łóżka i jego stopy dotknęły zimnej podłogi. Przechodząc przez pokój spojrzał w lustro znajdujące się na szafie. Widząc swoje odbicie trochę się skrzywił. Czarne włosy odstawały z każdej strony, ciało było blade i poranione, a oczy mocno podkrążone. Udał się do łazienki, gdzie szybko pozbył się ubrań i wszedł pod prysznic. Ciepła woda podziałała na jego spięte ciało, jak przyjemny masaż. Wyszedł spod prysznica i ubrał się w mundurek, na który składała się biała koszula, krawat w czerwono-niebieskie paski i granatowa marynarka.
Udał się do kuchni, gdzie krzątała się jego ciocia. Caroline, zajęła się nim i bratem po śmierci rodziców. Gerard uważał ją za naprawdę wyjątkową. W wypadku w którym zginęli rodzice zginął też jej mąż i wtedy zaczęła traktować ich jak własnych synów. Była niską blondynką o dużych zielonych oczach i szerokim uśmiechu.
-Dzień dobry-przywitał ją i cmoknął w policzek
-Cześć-uśmiechnęła się-Przygotowałam ci śniadanie. Mikey już wstał?
Wzruszył ramionami i przysiadł przy stoliku. Na talerzu leżała jajecznica i kanapka z serem. Po kilku minutach do śniadania dołączył również Mikey. Od razu było widać, że jest w dobrym humorze. On nie miał takich problemów w szkole jak Gerard.
Po kilku minutach byli już po śniadaniu i mogli iść do szkoły. Wyjątkowo pogoda w tym dniu dopisywała. Słońce dosyć mocno świeciło, a niebo było bezchmurne.
Po przekroczeniu progu szkoły, bracia musieli się rozstać, ponieważ Mikey miał lekcje na parterze, a Gerard na pierwszym piętrze. Już wchodząc po schodach spotkało go nieszczęście, bo trafił na Jasona i kumpli.
-Nie za luźne to masz?-spytał patrząc na krawat, a po chwili mocno za niego pociągnął
-Jason, dyrektorka tam idzie-poinformował jeden z kumpli, przez co Jason natychmiast puścił chłopaka
Gerard poluzował sobie krawat i wziął głęboki oddech. Po chwili usiadł pod klasą i czekał na dzwonek, mając nadzieję, że już nic złego go nie spotka.
Pierwsza lekcja-historia. Większość uczniów wepchała się do klasy przed nim, zajmując wszystkie ławki z samego tyłu. Usiadł z przodu, co w sumie mu nie przeszkadzało bo lubił historię.
-Cześć... Mogę się dosiąść?-usłyszał
Podniósł głowę i ujrzał Franka. Miał rozczochrane włosy, tak jakby dopiero wstał i oczy delikatnie podkreślone kredką.
-Jasne, ale wtedy pewnie będziesz tak samo gnojony jak ja-odpowiedział
-Zaryzykuję-uśmiechnął się Frank i usiadł
Po skończonych lekcjach, Gerard czekał na Ray'a pod szkołą. Ray był osobą, która rzucała się w oczy. Był wysoki, zawsze uśmiechnięty i do tego miał afro. Gerard chodził z nim do klasy w gimnazjum i wtedy stali się przyjaciółmi. Ray lubił Gerarda mimo tego, że według reszty był "inny". Wiele ich łączyło i uwielbiali ze sobą rozmawiać. Do tego był jedyną osobą, której Gerard mógł bezgranicznie zaufać, nie licząc brata.
-Hej, Gerard!-usłyszał i odwrócił się w stronę skąd doszedł głos
-A to ty Frank-odetchnął z ulgą, bo bał się, że to Jason
-Którędy wracasz?
-Jak wyjdziesz ze szkoły...To w lewo-uśmiechnął się Gerard
-A mógłbym wracać z tobą...? Wiesz, nikogo tu nie znam...
-Nie ma sprawy
Zaczęli rozmawiać o różnych bzdetach. Okazało się, że sporo ich łączy. Między innymi miłość do muzyki.
-Oh, jaka zakochana para-usłyszeli Jasona-Od kiedy się spotykacie?
-Weź spierdalaj-odparł Gerard
-Uuuu jak groźnie-odpowiedział sarkastycznie Jason
-Chodź Gerard, nie warto się kłócić-stwierdził Ray, który wreszcie nie wiadomo skąd się pojawił
Ruszyli w trójkę w stronę domu. Gerard miał już naprawdę dość Jasona. Dokuczał mu od początku pierwszej klasy. Zaczęło się niewinnie, Jason po prostu przezywał Gerarda. Jednak z czasem było coraz gorzej. Podkradanie rzeczy z szafki, podkładanie nogi, przepychanki... Długo by wymieniać.
-Nie przejmuj się-pocieszył go Ray-Coś wymyślimy

~~~~

Była ciemna noc, a wiatr wiał mocno z każdej strony, wprawiając w ruch gałęzie i liście. Jasny księżyc oświecał drogę dwójce ludzi spacerującym wokół jeziora. Dziewczyna była ubrana w długą, czarną sukienkę z falbanami, w pasie przewiązaną czerwoną wstążką. Miała długie, blond włosy swobodnie opadające na jej ramiona. U jej boku szedł chłopak, o krótkich, czarnych włosach, ubrany w czarną elegancką koszulę i ciemne jeansy. W pewnym momencie zatrzymali się i zaczęli wpatrywać w taflę jeziora, w której odbijał się księżyc.
-Słyszałaś?-szepnął drżącym głosem chłopak
-Co?-zdziwiła się
-Jakiś szelest
-Pewnie wiatr-stwierdziła-Nie próbuj mnie nastraszyć
-Nie próbuję
Wśród drzew coś się poruszyło, znów wywołując szelest, jednak tym razem chłopak starał się nie zwracać na to uwagi.
Wiatr zaczął wiać coraz mocniej i dziewczynę parokrotnie przeszedł dreszcz.
-Skoczę do samochodu po kurtkę-zaproponował czarnowłosy-2 minutki i wrócę
Dziewczyna przytaknęła głową i chłopak wszedł w głąb lasu. Minęło 5 minut, wiatr wiał jeszcze mocniej, a chłopaka nie było. Jasne, mogła iść z nim do auta i od razu wrócili by do domu, ale chcieli pójść nocą na romantyczny spacer. Po kolejnych 5 minutach blondynka zniecierpliwiona czekaniem, postanowiła udać się w stronę samochodu, z nadzieją, że na ukochanego trafi gdzieś po drodze. Idąc wąską dróżką cholernie bała się, ponieważ gałęzie przypominały jej kościste dłonie, a drzewa rzucały cienie, które wyglądały jak duchy czy demony. Dotarła do samochodu, ale nigdzie nie widziała chłopaka. Parokrotnie coś poruszyło się wśród krzaków.
-Harry, to nie jest śmieszne!-krzyknęła i rozglądnęła się-Harry!
Nagle usłyszała jak coś ciężkiego uderza o maskę samochodu. Przerażona spojrzała w tą stronę. Na masce leżało zakrwawione ciało Harrego. W sumie to ciężko było stwierdzić, że to na pewno Harry, bo cała twarz była zakrwawiona i trochę zmasakrowana. Dziewczyna krzyknęła i zaczęła uciekać. Nie wiedziała gdzie, biegła po prostu jak najdalej. W pewnym momencie wpadła na jakąś postać.
-O, jak dobrze, że ktoś tu jest-zaczęła-Mój chłopak został zaatakowany, chyba przez jakieś zwierze-po jej policzkach popłynęły łzy
Tajemnicza postać nic nie powiedziała, jedynie wyciągnęła swą kościstą dłoń w stronę dziewczyny. Po chwili mocno szarpnęła ją za włosy, odginając głowę do tyłu. Postać przybliżyła swe usta do szyi blondynki, która próbowała się wyszarpać z uścisku. Jednak już po chwili leżała bezwładnie na ziemi. Postać uśmiechnęła się pod nosem i zniknęła tak szybko jak się pojawiła.

sobota, 20 kwietnia 2013

Rozdział 1



 No i mamy rozdział pierwszy :D
Mam nadzieję, że was nie zawiodłam brakiem talentu...
Bardzo dziękuje, za komentarze przy prologu. Byłabym wdzięczna, gdyby tutaj też się jakieś pojawiły :) Dopiero się uczę, więc każda rada mi się przyda :)
Z góry dziękuje i mam nadzieję, że się spodoba :D
________________________

~~
 "Wi­taj w krainie ra­niące­go do krwi realiz­mu, w miej­scu różniącym się od ra­ju wyt­worzo­nego w marze­niach do te­go stop­nia, że każde zejście na ziemie bo­li gdzieś tam w środ­ku. "
 ~~

Całe miasto spowite było delikatną mgłą i ciemnymi chmurami, z których w każdej chwili mógł lunąć deszcz. Zaczął się wrzesień, więc teraz taka pogoda to nie będzie nic nadzwyczajnego.  Najlepiej byłoby po prostu zostać w domu i siedzieć pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. Niektórzy jednak nie mieli na to szansy. Pierwszy września, dzień powrotu do szkoły.
Gerard leniwie szedł w kierunku szkoły i spoglądał na miasto, które powoli traciło swoją magię. Wszystkie liście opadały, przez co miasto stawało się ponure.
Gerard był uczniem drugiej klasy liceum. Starał się nie wyróżniać z tłumu, co było dość trudne przez jego specyficzny styl.  Miał długie, czarne włosy, przez które był wyzywany od pedałów , a na rękach miał jeszcze kilka blizn za czasów gimnazjum, kiedy to się ciął, więc do tego nazywają go "pieprzonym emosem". Jego rodzice zginęli w wypadku kilka lat temu i od tego czasu stał się zamknięty w sobie. Jego najlepszym przyjacielem był brat Mikey, który był od niego 2 lata młodszy i Ray, który chodził z nim do szkoły. Liceum do którego uczęszczał, było jednym z gorszych w mieście. Nie ma szans by trafić w niej na kogoś z "wyższych sfer". Każdy uczeń był zmuszany do ubierania specjalnych mundurków, co było w sumie dobrą stroną, bo nikt się nie "lansował" na modne ciuchy.
Wchodząc do budynku ujrzał Ray'a i kilku innych znajomych. Ruszył w kierunku klasy, mając nadzieję, że nikt nie zwróci na niego uwagi.
-O, cześć emo-usłyszał, jednak nie zwrócił na to uwagi. Wiedział, że to Jason i jego kumple, którzy go zawsze gnoili.-Jak spędziłeś wakacje? Na cięciu się, czy układaniu pedalskiej fryzury?-cała grupka wybuchła  głośnym śmiechem.
Wszedł do klasy i  usiadł samotnie w ławce, ze słuchawkami w uszach, nie zwracając na nikogo uwagi. Gdy do sali weszła nauczycielka zapadła cisza, jak makiem zasiał. Gerard leniwie podniósł głowę i wyjął słuchawki. Koło nauczycielki stał chłopak, o dość długich, kruczoczarnych włosach i kilku tatuażach. Był wyjątkowo niski i chyba nikt by nie powiedział, że chodzi do liceum. Wydawał się być zamknięty w sobie, ale jednocześnie miły i ciekawy.
-W tym roku dochodzi do nas nowy uczeń-odezwała się z szerokim uśmiechem nauczycielka. -Przedstaw się
-Jestem Frank Iero-powiedział cicho, delikatnie spoglądając spod czarnej grzywki
-Usiądź tam-nauczycielka wskazała ręką ławkę przed Gerardem
Po zakończonym rozpoczęciu, zaczęło mocno padać i co jakiś czas błyskało. Gerard założył kaptur i zaczął żałować, że zabrał tylko bluzę. Jego zniszczone trampki niemal od razu przemokły, a bluza szybko nasiąkła wodą.
-Gerard!-usłyszał
Powoli odwrócił się. Musiał zmrużyć oczy, aby dostrzec kto go wołał. Po chwili podeszła do niego dziewczyna, o długich, czarnych delikatnie kręconych włosach, ubrana w beżowy płaszczyk, czarne trampki, a w ręce trzymała czerwoną parasolkę. Lindsey, chodził z nią do klasy.
-Myślałem, że mieszkasz gdzieś po drugiej stronie miasta-odezwał się i ruszyli w drogę
-Nie, nie... Ja mieszkam tam-odpowiedziała
Zapadła cisza. Jedyne co było słychać to warkot przejeżdżających samochodów i co jakiś czas grzmoty. Lindsey mimo takiej pogody miała na twarzy szeroki uśmiech i poruszała się z wyjątkową gracją, niczym baletnica. Gerard co jakiś czas spoglądał w jej stronę, ale nie odzywał się.
-Tak się zastanawiałam, czemu wcześniej zbytnio nie rozmawialiśmy...-zaczęła
-Bo chodziłaś z moim wrogiem-stwierdził
Spojrzała na niego z uśmieszkiem, a potem delikatnie zasłoniła się włosami.
-Nienawidzę tej pogody-zmienił temat
-Ja też nie-odparła z wdziękiem omijając kałużę
Zaczął się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że ona chodzi do takiej szkoły. Zachowuje się jak dziewczyna z "wyższej klasy", a nie jak zwyczajna uczennica z byle jakiego liceum. Z tego co wiedział, jej rodzice zarabiali kupę szmalu, więc to trochę dziwne, że zapisali córkę do takiej beznadziejnej szkoły.
-Napiłabym się czegoś, pójdziemy do sklepu?-spytała zatrzymując się pod sklepem
-Nie ma sprawy-uśmiechnął się
Lindsey poszła szukać soku, a Gerard w tym czasie spacerował po sklepie. Podczas chwili nieuwagi wpadł na kogoś.
-Jezu, przepraszam-zaczął
-Nic się nie stało-odpowiedział jakiś czarnowłosy chłopak
Jak się okazało, to był Frank. Gerard zauważył, że wypadło mi kilka rzeczy z rąk, więc pomógł je zbierać. Podniósł gazetę i w oczy rzucił mu się ciekawy artykuł. "Kto zabija?". Nie zwracając uwagi na przyglądającego mu się Franka, zaczął czytać fragment. "To już czwarte morderstwo w tym miesiącu. Trudno określić sposób zabijania, bo za każdym razem odnajdywane ciała są już za bardzo zmasakrowane. Policja jak na razie nie ma żadnych śladów, więc nie ma też żadnych podejrzanych. Całe miasto żyje w strachu [...]"
-To troche dziwne-stwierdził po chwili
-Ale co?-nie zrozumiał go Frank
-No te morderstwa... Tak w ogóle to jestem Gerard-oprzytomniał nagle
-Frank-uśmiechnął się czarnowłosy

~~~~

Kamienista, leśna dróżka prowadziła wprost na cmentarz. Koło nagrobków spowijała się delikatna mgła i dym. Niedaleko bramy głównej rozsiadła się grupka ćpunów i jarali trawkę. Śmiali się tak głośno, że pewnie nawet zmarli to słyszeli.
-Ej, Jared, skocz do samochodu po jeszcze kilka piw!-krzyknął jeden z nich
Jared, chwiejnym krokiem wstał i ruszył w kierunku bramy. Zaczął wiać mocny wiatr, a księżyc schował się za chmurami. W pewnym momencie coś drgnęło wśród drzew. Ćpun spojrzał w ich stronę i dostrzegł zarys jakiejś postaci.
-Ej chłopaki! Niezłego mamy dilera!-zaśmiał się
Mgła, która otaczała postać powoli znikała i wyłoniła się piękna dziewczyna. Szła powolnym krokiem w stronę zaskoczonego Jareda.
-Boisz się?-spytała hipnotyzującym głosem i stanęła krok od niego
-N..Nie-odpowiedział
-Chodź za mną-poprosiła
Spojrzał w stronę reszty chłopaków, a po chwili ruszył za czarującą dziewczyną. Stąpali po suchych liściach i gałązkach, aż w końcu zatrzymali się na jakiejś polance. Podeszła bliżej niego i przybliżyła swoje usta do jego szyi. Zaczęła składać na niej delikatne pocałunki.
Potem wszystko działo się już bardzo szybko. Szarpanie, krew i martwe ciało. Stopniowo wschodzące słońce idealnie padało na zwłoki. Nikt nawet nie pozna, że to był Jared.   

wtorek, 16 kwietnia 2013

Prolog

Tak, to znowu ja....
Moje sny mnie przerażają, ale dzięki temu wpadłam na to opowiadanie. Nie wiem czy ktoś to będzie czytał, ale chcę po prostu to pisać. Dla siebie. 
Jeżeli ktoś to przeczyta, to byłabym bardzo wdzięczna, za pozostawienie jakiegokolwiek komentarza. Nieważne czy będzie miły czy nie. Chciałabym wiedzieć gdzie popełniłam błędy i chciałabym wiedzieć czy ktoś jest tym zainteresowany. 
____________________________________________

 ~~
 "Żaden egza­min nie da Ci pra­wa do łama­nia serc. Nie tra­fisz do więzienia za mor­der­stwo miłości. Zem­stą nie od­ku­pisz swo­jej niena­wiści, a łzy nie za­topią pus­tki cier­piącej duszy.
Z człowie­czeństwa roz­liczy Cię czas."
 ~~


Spojrzałem na moje dłonie całe czerwone od krwi. Nie, ja nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem. Popatrzyłem na leżące pod moimi nogami zwłoki. Przecież go nienawidziłem. Zasłużył na to. Za to wszystko co mi zrobił, nie zasługiwał na nic innego. Boże, o czym ja mówię? Nikt nie zasługuje na śmierć. Na życie potępieńca też nie. Czemu po prostu nie zabiłem siebie? Nie byłoby problemu. Zakończyłbym to i nie musiałbym teraz nikogo zabijać. Przecież za mną i tak nikt nie zatęskni.  Delikatnie kopnąłem zwłoki, aby przewróciły się na plecy. Ona będzie ze mnie dumna. Ale czy ja jestem dumny z siebie? Przede mną leżały zwłoki mojego wroga, całe we krwi. Brak w nim życia od jakiś pięciu minut. Ale czy ktoś to zauważy, że go nie ma? Czy ktokolwiek się tym przejmie? Nikt nigdy się nie interesuje innymi. Tak jest stworzony ten świat. Każdy widzi tylko siebie. Tylko swoje problemy. Zawsze tak było i będzie.
Krew rozlała się już na kształt dużej kałuży, a ciało stało się sino-blade. 
Spojrzałem w niebo i coś wpadło mi prosto do oka. Z nieba zaczęły spadać małe krople deszczu. Rozejrzałem się czy ktoś mnie przypadkiem nie obserwuje. W tym lesie byłem raczej bezpieczny.  Coraz cięższe krople deszczu spływały z nieba, mieszając się z krwią otaczającą zwłoki.
-Trzeba coś z tobą zrobić-powiedziałem ni to do siebie, ni to do zwłok
Dopiero w tej chwili poczułem, że to wszystko mnie przerasta. Że to jak dla mnie za dużo. Zwłoki, krew i ciągłe zastanawianie się dlaczego. Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego ona to zrobiła? Dlaczego do tego wszystkiego doszło? Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia? Ma polegać na ciągłym ukrywaniu się i uciekaniu? Ale będę z nią. Już na zawsze. Tak obiecała. Dlatego to zrobiłem.
W powietrzu uniósł się delikatny zapach krwi. Wciągnąłem ten zapach nosem. Pierwszy raz zwróciłem uwagę na niego uwagę. Może dlatego, że się zmieniłem. Nie jestem taki jak miesiąc temu. I już nigdy taki nie będę.
Wreszcie deszcz ustał i mogłem spokojnie pozbyć się zwłok. Wyciągnąłem z kieszeni małą buteleczkę alkoholu. Otworzyłem ją i polałem zwłoki. Wyciągnąłem zapalniczkę i rzuciłem na ciało. Zaczęło płonąć, a po chwili nad nim uniósł się delikatny dym.
Zasłużył na to. W końcu i tak by zginął. Wszyscy w końcu zginiemy. Prawie wszyscy...